niedziela, 29 stycznia 2012
Upiekłam chleb!!! :) "Chodziło" to za mną od dawna, a już ze zdwojoną siłą po tym, jak obejrzałam program, w którym usłyszałam całą prawdę o pieczywie- niby wszyscy to wiedzą (ja też!), że jest w nim pełno chemii, ale jakoś siłą rozpędu kupują i jedzą, choć coraz bardziej "nadmuchane" i coraz mniej smaczne... Podziwiałam blogerki, które pokazywały swoje rumiane bochenki i krągłe bułeczki, ale wydawało mi się, że pieczenie chleba w domu to wyższa szkoła jazdy tylko dla perfekcyjnych pań domu, które nie mają nic innego do roboty (zwłaszcza, że ja w ogóle zawsze miałam do wszelkich wypieków dwie lewe ręce), że to dużo babrania, masa czasu, że bez automatu to nie ma sensu... Jednym słowem szukałam wymówki. Jednak po wspomnianym programie postanowiłam, że muszę spróbować. Kupiłam, co trzeba (przy okazji miło mnie zaskoczyły ceny pełnoziarnistych mąk, myślałam, że to tzw. drogi gips) i produkty stały w kuchennej szafce, a ja nadal nic. Kiedy definitywnie wyznaczyłam datę pierwszego pieczenia na ubiegły weekend, przyjechali niespodziewani goście, więc znów nic z tego nie wyszło. Ale wczoraj po powrocie z pracy zauważyłam, że chleba w domu nie ma, sms do córy nie załatwił sprawy, bo nie miała przy sobie gotówki, a mnie tak bardzo nie chciało się ruszać wieczorem z domu na mróz... Tak więc można powiedzieć, że upiekłam chleb z lenistwa. :) Nie było z tym tak wiele roboty, jak mi się zdawało, powiedziałabym nawet, że niewiele. :) Zasadniczo posłużyłam się tym przepisem. Nie miałam w domu oleju, płatków owsianych ani słonecznika, więc zastąpiłam te składniki oliwą z oliwek, otrębami pszennymi i siemieniem lnianym. Kminek pominęłam, bo nie znalazłam zamiennika.:)
Siemię chciałam lekko zemleć, żeby się lepiej "przyjęło", ale mój nowy blender jakoś nie mógł wyłapać tych drobnych ziaren (stary dobry młynek do kawy radzi sobie z siemieniem w parę sekund). Żeby nie było- generalnie blender jest super!
Formę- keksówkę też miałam tylko jedną, więc użyłam blachy od wiekowego podłużnego prodiża.
Wyszły mi dwa chlebki, nie wyrosły w blaszkach zbyt mocno mimo dłuuuugiego oczekiwania. Dziś już wiem, dlaczego- gdybym przeczytała wcześniej parę artykułów więcej, zrobiłabym to inaczej, ale człowiek się uczy na błędach (najlepiej na cudzych, ale jak widać, własne też nas nie omijają- oby tylko takie! :)). Początkowo pdejrzewałam drożdże- że niezbyt świeże, że za mało, ale dziś szukając przyczyny poczytałam sporo o różnych rodzajach mąki i przy natępnym pieczeniu będę już nieco mądrzejsza- ciasto niewiele urosło dlatego, że zamiast zwykłej mąki pszennej z przepisu użyłam cięższej mąki pełnoziarnistej (też pszennej)- nie pomyślałam, że to zrobi taką różnicę. W każdym razie poza tym chlebki się udały, nie mają zakalca, są jadalne i nawet bardzo smaczne. Rodzinka chwali i wciąż podjada, więc chyba nie zdążę zaobserwować, jak długo taki chleb utrzyma świeżość. :)
Dziś poczyniłam kolejne chlebowe zakupy (kontrola jakości, jak widać, czuwa!): Zamierzam wieczorem zainaugurować produkcję zakwasu i następny chlebek wyprodukować już na nim. Doczytałam się bowiem, że w pełnym ziarnie znajduje się kwas fitynowy, który blokuje wchłanianie składników mineralnych, ale fermentacja zakwasu to załatwia- drożdże tego nie potrafią! Czyli: na kwas- zakwas! A, i dokupiłam też jedną blaszkę! :) P.S. Wpis zawierał lokowanie produktu. :)
piątek, 27 stycznia 2012
...dlaczego większość znajomych blogowiczek "przeprowadza się" z bloxa na blogspota? Że niby tu coś jest nie tak, a tam jest lepiej? Kurczę, to ja chyba żyję w jakiejś błogiej nieświadomości, znosząc jakieś niedogodności, z istnienia których nawet nie zdaję sobie sprawy? Będę wdzięczna za wypunktowanie mi wyższości jednego nad drugim, bo ja poza brakiem możliwości "zapisania się" na listę obserwatorów czyjegoś bloga nie zauważam, żeby blox miał wady.
czwartek, 26 stycznia 2012
To znaczy, chciałam powiedzieć, puszka w róże. :) Malowana trzy razy przez trzy dni, lakierowana kilka razy. Farbę i lakier kupiłam w Castoramie- nie chciałam na początek inwestować w specjalistyczne preparaty, bo nie wiedziałam, czy w ogóle technika mi się spodoba. Jednak już przygotowuję do podarowania nowego życia staremu drewnianemu pudełku, więc chyba spokojnie mogę założyć na blogu nową kategorię. :)
Tak wyglądała puszka po pierwszym malowaniu. Zastanawiałam się, co zrobić z wypukłym napisem na wieczku, ale małżonek podpowiedział, że może by na całe wieczko nakleić odpowiednio przycięty kartonik- zrobiłam tak i okazało się, że to był bardzo dobry pomysł.
Serwetka podczas klejenia trochę się marszczyła, wygładzałam ją więc delikatnie palcem umoczonym w kleju.
I oto jest! Nie jest doskonała, ale na zdjęciu tego nie widać. :) Serwetka pod puszką jest przypadkowa, zrobiona kiedyś w ramach eksperymentu pt. "Czy potrafię zrobić serwetkę". Zanimnie wiadomo jakim cudem trafiła do pralki (!) z czymś czerwonym (!), miała jeszcze szanse na ekspozycję na widok publiczny. Teraz już nie bardzo- powyższe zdjęcie to chyba jedyna okazja. :)
wtorek, 24 stycznia 2012
Kotek zimowy zawisł już na swoim miejscu, a kotki salonowe czekają na powrót Młodej znad morza. Z obrazami pod pachą udałam się do Decokreacji po serwetki na puszkę, która dosycha po wczorajszym drugim malowaniu. Ucieszyło mnie spotkanie z dawno nie widzianą Agnieszką. Nabyłam takie oto- z myślą o jakichś następnych (być może) wybrykach dekupażowych, bo jeszcze parę niezbyt ładnych puszek i kilka drewnianych pudełek w domu mam:
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Tak wyglądają moje zimowe gęsi na dziś (z trzydniową przerwą na pierwszego kota z SAL-owej serii, którego zaprezentuję ostatniego dnia miesiąca). Idzie dość szybko, bo na razie są same półkrzyżyki- na tle całości jakoś mało tego, ale jedną gąskę i kawałek drugiej już widać... :) Duże kratki to poszczególne kartki schematu. W tak zwanym międzyczasie puszka na muliny rozpoczęła swą metamorfozę, która ma być moim debiutem w dziedzinie decoupage'u. Póki co schnie pierwsza warstwa farby, efekty- jakie by nie były- będę pokazywać. :)
piątek, 13 stycznia 2012
Dostałam dziś przesyłkę z epasmanterii - szybciej niż się spodziewałam! Właściwie miałam taką cichutką, nikłą nadzieję, że dojdzie dziś, bardzo nie lubię, kiedy dostawa się przeciąga o cały weekend. :) Dzięki temu już jutro będę mogła wystartować z berniklami! Wszystko przygotowane: Na zdjęciu aida jeszcze nie była obszyta i pokropkowana, teraz już jest.I tak naprawdę dopiero po pokropkowaniu zdałam sobie sprawę, jaki duży to będzie obrazek...:) Znalazła się nawet puszka idealna na przechowywanie nitek do aktualnej pracy: A oto, co jeszcze zamówiłam sobie "na zaś": A teraz uciekam, bo na Animal Planet HD właśnie zaczyna się mój ulubiony serial - "Wojny o wieloryby".
wtorek, 10 stycznia 2012
"Parlour cats" czyli salonowe koty wg wzoru z Cross Stitch Gold nr 36. Wymiary haftu: 26x30 cm. Aida 18, nici DMC+kilka Ariadny i półtora miesiąca pracy. Ramka tymczasowa, wirtualna. :) Plan jest taki, że będą wisiały w pokoju Młodzieży, nie przypominającym jednakowoż salonu. Mam nadzieję, że mimo to będzie im tam dobrze. Igła jeszcze nie wystygła, a ja już zaplanowałam następny obrazek, mianowicie "Winter retreat"- Dimensions #35205. Ba, nawet już przygotowałam nitki! Zapragnęłam wyszyć te urocze bernikle kanadyjskie po obejrzeniu przepięknego filmu o wędrówkach ptaków pt. "Makrokosmos"- pewnie każdy go zna, tylko ja jakaś zapóźniona jestem i dopiero niedawno miałam wielką przyjemność go zobaczyć. Jutro zamawiam aidę i brakujące niteczki. Już nie mogę się doczekać, kiedy je zacznę!
niedziela, 08 stycznia 2012
Ten wzór podobał mi się, odkąd zobaczyłam go po raz pierwszy u Dagny ze trzy lata temu. Ale podchodziłam do niego jak pies do jeża, bo wydawał mi się piekielnie trudny, pewnie dlatego, że to pierwszy i jak na razie jedyny ażur dwustronny- nie ma po lewej wytchnienia pod tytułem "wszystkie oczka na lewo", trzeba w każdym rzędzie skrupulatnie liczyć. Tak więc leżał sobie w komputerze do spróbowania "kiedyś tam". Teraz przyszedł mi do głowy pewien projekt i wydało mi się, że akurat ten ażur by do niego pasował, więc zrobiłam próbkę. Co prawda jednak go nie użyję, bo jest zbyt "mięsisty", a włóczka dość gruba, ale próbka się udała, więc idę spać zadowolona, że nie taki diabeł straszny, wyszło całkiem nieźle jak na pierwszy raz. :) Niedźwiedzie łapy vel Frost Flowers.
sobota, 07 stycznia 2012
Tak określiła Młodzież swoją kolejną laleczkę. :) Nie zabrakło tak istotnych dla stylu szczegółów jak wiązanie na plecach przy gorseciku, koronka na spódniczce, metalowe elementy przy "glanach" czy mini-naszyjnik będący fragmentem oryginalnego naszyjnika Młodzieży. Laleczka stała się własnością pewnego sympatycznego osobnika płci męskiej, który ostatnio dość często u nas bywa. Ba, została specjalnie dla niego wyszydełkowana! :)
niedziela, 01 stycznia 2012
...czyli podsumowanie roku 2011. Poniżej przybliżam robótki, których wcześniej jakoś nie miałam czasu zaprezentować. Komin-ocieplacz na ramiona, robiony ukradkiem przez 3 czy 4 popołudnia jako prezent gwiazdkowy dla córki. Włóczka Baśka Altin Basak, 262 g, wg tego wzoru. Bardzo łatwy i szybki. Dzięki niemu polubiłam ścieg zwany ryżem, który dotąd kojarzył mi się z babciowymi swetrami na guziki. Ryż okazał się wyjątkowo wdzięcznym wzorem, jakby stworzonym do szybkiego dziergania na okrągło. Robótka wyszła mięciutka i elastyczna. Patrząc na jej formę na płasko, zastanawiam się, czy komin/poncho mógłby służyć także jako sukienka... ;) Dobrze znana czapeczka Poppy, zrobiona w jeden wieczór z włóczki Debbie Bliss Cathay z dodatkiem jedwabiu, której miałam jeden wyszperany w second handzie moteczek, czyli 50 g. Na czapkę wyszło mi dokładnie 49 g, dlatego nie dorobiłam jej na razie żadnego kwiatka, o który aż się prosi. :) Komplet, który częściowo już na blogu pokazywałam- czapka i szalik Moebius dla męża z włóczki Angora Ram. Szalik się odnalazł i ostatecznie służy mi jako doskonały ochraniacz kurtki przed ubrudzeniem podkładem, pudrem i innymi twarzowymi mazidłami. Czapkę także noszę ja- jest luźna i nie gniecie włosów oraz uszu- nie wiem czemu, ale w każdej ciaśniejszej czapce bolą mnie małżowiny. :) Zrobiłam właśnie pierwsze skarpetki- nie jestem ich fanką, ale małżonek chciał mieć takie dziergane, więc spróbowałam. Żeby uniknąć "syndromu drugiej skarpetki", na który podobno zapada wiele dziergaczek, chciałam zrobić obie od razu i to od palców, na drucie z żyłką. Po zapoznaniu się z "materiałami edukacyjnymi" zabrałam się do pracy i nie pytajcie mnie, jak to zrobiłam, że jedną dziergałam po prawej stronie, a drugą po lewej. :)) Ważne, że wyszły jak trzeba! Co prawda nie są idealne, ale to w końcu mój skarpetkowy debiut- przy kolejnej parze (o ile takowa powstanie) będę już wiedziała, na co uważać i co poprawić. Pięta jest nieco za płytka, dlatego górny brzeg skarpety nieco się obniża z tyłu, ściągacz jest za szeroki i za krótki moim zdaniem- sprułabym i zrobiła jeszcze raz, ale mąż takim szczególarzem nie jest, a skarpetki mają być domowe, a nie na lato do sandałów. ;) Do zrobienia tych skarpet nauczyłam się dwóch nowych dla mnie technik, które polecam gorąco- filmik pokazujący jak wyrobić palce może wydawać się nieco niejasny ze względu na to, że pani dzierga na modłę brytyjską czy też amerykańską, trzeba to sobie przełożyć na polski. Przydaje się tu także znajomość fantastycznego cast-on invisible, ktorego używałam już wcześniej (m. in. przy ubranku dla termofora czy komórki). Piętę robiłam w ten sposób - metoda ta jest po prostu genialna: rzędy skrócone są tu uproszczone do maksimum, a pięta idealnie okrąglutko układa się na stopie. A na Nowy Rok...
sobota, 31 grudnia 2011
Jedni mówią: nie robię żadnych postanowień, inni wręcz przeciwnie- robią ich całą masę, ale nielicznym udaje się ich dotrzymać. Najpopularniejsze postanowienia to chyba rzucanie palenia, pozbycie się paru kg- generalnie coś, co wiąże się z dużą zmianą wieloletnich nawyków (najczęściej tych złych, jak palenie czy objadanie się) jest ogromnym i trudnym wyzwaniem i największym naszym przeciwnikiem jest słabość umysłu. Nasz wewnętrzny leń. Mam parę osobistych postanowień, ale one nie wiążą się ściśle z nadejściem nowego roku, są to raczej jakieś zaległości, które trzeba dokończyć i naturalną koleją rzeczy wypadnie to w tym nowym roku (mam nadzieję) albo takie sprawy, których w obecnej formie już dłużej ścierpieć nie można i w końcu trzeba coś z nimi zrobić. Myślę, że dziś jest dobry dzień na to, żeby powiedzieć sobie na głos: w 2012 roku chcę wystartować w biegu na 10 km. Nie: chciałabym, ale właśnie chcę. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że nie jest to bardzo wysoko postawiona poprzeczka, bo czasem więcej biegałam wieczorami, ale ten obrazek, który kiedyś powstał w mojej głowie i o którym dość mglisto pisałam w tej notce to ja- z numerem startowym na koszulce. :) W październiku zawiesiłam bieganie- kolana dają mi popalić do dziś, ale cały czas wiem, że wrócę do tego, bo niewiele jest rzeczy, które tak mi poprawiają nastrój i dają poczucie siły. Powrót będzie wymagał rozpoczęcia wszystkiego od początku, ale wiem, że dam radę, bo już mam to sprawdzone. Powiecie, że to w takim razie żadne wyzwanie? Może rzeczywiście nie. Ot, taki szczyt do zdobycia. :) Jeśli macie jakiekolwiek postanowienia, czy to łatwe, czy trudne do zrealizowania, życzę Wam, aby wszystko poszło zgodnie z planem i żebyście za rok pomyśleli: udało się!
czwartek, 22 grudnia 2011
Wszystko wskazywało na to, że świąteczny nastrój nie przyjdzie do mnie w tym roku. Jest kapryśny jak wena, a jesienna pogoda jeszcze przyczyniała się do jego braku. Ale... wracając z pracy siedziałam sobie na przystanku, przed sobą miałam latarnię ozdobioną świecącą świąteczną dekoracją, na tle granatowego nieba wyglądała cudnie. W uszy wetknęłam słuchawki i gdy usłyszałam ten boski głos, Pan Świąteczny Nastrój niespodziewanie spłynął na mnie jak olśnienie.
Gdyby komuś przyszło do głowy ponucić sobie- oto tekst: :))
Życzę Wam wszystkim szczęśliwych, wspaniałych Świąt pełnych nastroju!
wtorek, 20 grudnia 2011
niedziela, 04 grudnia 2011
|
Archiwum
O autorze
Zakładki:
Ciekawe strony robótkowe...
...i nierobótkowe
Pasmanterie internetowe
Przydatne techniki
Tu zaglądam:
|