niedziela, 17 kwietnia 2016

Właściwie to niezupełnie sobie, bo na zamówienie koleżanki. Powstała taka oto kosmetyczka, która właściwie ma służyć jako portmonetka. Miała być w odcieniach lawendy z domieszką różu, no to jest.



 



 



 



 



 



 

Kosmetyczka szła dość opornie, bo najpierw bardzo się opóźniała dostawa tkanin z Chin, potem przyszła wiosna i bardzo ograniczony czas wolny od pracy trzeba było podzielić między wiele pilnych spraw, między innymi kolejną zmianę wizerunkową. :)




 

A przecież odpocząć też trzeba... ;)

 



 Jeśli ktoś miałby ochotę bardziej na bieżąco podglądać moje robótki, to zapraszam na moją stronę na FB.

W sprawie diety powiem tyle, że wpadłam w nią po uszy- po 7 tygodniach (w tym święta i parę wypadów rowerowych, na których kalorii, przyznaję się, nie liczyłam, oj nie) mam 6 kg mniej i wracam do ciuchów, które już z przykrością musiałam odłożyć do lamusa. Jestem dokładnie w połowie drogi do zamierzonego celu. Mało tego- nie wiem, czy kiedykolwiek odżywiałam się tak zdrowo, jak teraz. :)

Aha, i na horyzoncie kolejna zmiana pracy...

Kurtyna.



 




poniedziałek, 29 lutego 2016

Od dwóch tygodni się "dietuję". Proszę nie pytać, po co i dlaczego, już ja wiem.

Wczoraj kupiłam nową wagę, bo moja kilkuletnia elektroniczna Zelmer Balance mnie oszukiwała- mogłam wejść na nią 5 razy, a ona za każdym razem pokazywała coś innego, z tym że rozpiętość wyników to jakieś 6 kg. Nowa- mechaniczna, staroświecka i tradycyjna od razu się zdecydowała na jeden wynik, ale niestety taki, jakiego Zelmerka nawet nie przewidziała.  Po co mi była ta nowa waga? Trzeba se było z wyświetleń Zelmerki średnią wyciągnąć i byłabym szczęśliwsza. ;) W każdym razie moja docelowa waga w założonym czasie wydawała się jakaś bardziej realna...


Dobrze, że dieta jest przepyszna i zdrowa- całymi dniami ani przez moment nie czuję się na niej głodna, nie toczę walk ze swą słabą silną wolą, i mogłabym tak non stop. A polega na liczeniu kalorii po prostu, czyli oględnie i w skrócie- Mniej Żryj. :)

21:20, ivoncja , inne
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 stycznia 2016

Prawie dwa lata nic nie pisałam, a przecież zawsze jest o czym- dużo się dzieje, może nawet czasem aż za dużo. :) Chyba pora delikatnie obudzić bloga, bo skoro w ubiegłym tygodniu miał ponad trzy tysiące odsłon, to chyba jeszcze tak całkiem nie umarł i ktoś się nim interesuje. To bardzo miłe. :) Założenie konta na "jednym z portali społecznościowych" na pewno się blogowi nie przysłużyło, bo wiadomo, że tam szybciutko można zdjęcie wrzucić i parę słów napisać, ale tam z racji natłoku niestety wszystko jest dość powierzchowne i takie "fast-foodowe".

Przez te dwa lata niewiele się u mnie zmieniło (o tym może kiedy indziej), ja sama też chyba się nie zmieniłam (wewnętrznie przynajmniej :)), więc i charakter bloga pozostanie podobny, bo moje zainteresowania wciąż krążą w tych samych sferach- rower, śpiewanie, rower, trochę rękodzieła, jeśli czas pozwala i znów rower. :) Biegania tylko brak- kontuzja kolana, ale gorąco za tym tęsknię, leczę kolanko i mam najszczerszy zamiar biegać najwcześniej, jak się da.  Ostatnio rower poszedł w odstawkę ze względu na aurę- na zmianę chlapa albo szklanka, a ja poczułam "miętę" do dawno nieużywanej maszyny do szycia.

Zasięgnęłam porady u osoby, która szyciem zajmuje się może nie zawodowo, ale chyba lepiej niż niejeden zawodowiec, czyli u Jolci. Zaopatrzyłam się w niezbędne akcesoria:

 


Najpierw z kilku nabytych w second handzie koszul...

 

 

...powstała na próbę gwiazda:

 

 


 

Potem uszyłam pierwszą mini-kosmetyczkę, ot tak, żeby sprawdzić, czy umiem. :)


  

i... poszło.

 

 

 

 

Tę "bliźniaczkę" wystawiłam na aukcję charytatywną dla WOŚP i... sprzedała się! :D

Podobnie jak komplet klamerek "English Rose":

 

 

Na zamówienie- "Coś z niebieskim" dla Studentki:

 

 

 

 

Najnowsza- z czystego natchnienia, ale ku mojemu zdumieniu została sprzedana niespełna godzinę po udostępnieniu zdjęcia. :)

 

 

 

 

Na razie tyle o moim najnowszym hobby. :)


 

 

Wyświetlam 20151120_003936.jpg

niedziela, 23 marca 2014

A nawet coś czasami tworzę. Aktualnie powstaje kolejny dekupażowany rower. Będzie własnością przyszłej (oby!) studentki filologii angielskiej. Będzie nosić nazwę "English Rose". :) Wzór przypomina mi trochę tapetę w sypialni mojej babci, ale Młoda sama go wybrała, więc niech se ma.



 



 To, na czym spoczywa rama na powyższym zdjęciu, to blat stołu- również jakiś czas temu zdekupażowany. :)




 



sobota, 26 października 2013

Może ktoś pamięta, że kiedyś napisałam na blogu, że mam przed oczami pewien obrazek i marzę o tym, żeby go urzeczywistnić. Dziś się to stało. :)

 



 

Wystartowałam w 35. Charytatywnym Ćwierćmaratonie Polickim...



...i ukończyłam go z rekordowym dla siebie czasem- 1:02. Na 203 startujące osoby zajęłam 169 miejsce. :) 

Potem były nagrody:

-masaż :)



 

-pyszne ciacho



 

...i osobista satysfakcja oraz pamiątkowy medal. :)

 

niedziela, 01 września 2013

Wczoraj była rowerowa wycieczka, a dzisiaj z powodu nieprzewidywalnej pogody i silnego wiatru zostaliśmy w domu. Wyskoczyliśmy tylko po małe zakupy. Jako że nabyte chusteczki miały dość brzydkie opakowanie, przypomniało mi się, że mam metalowy chustecznik odłożony "na kiedyś" do ozdobienia. Rozłożyłam więc swój dawno nie używany warsztacik i w końcu pudełko doczekało się metamorfozy, nie jest jeszcze polakierowane. 



Skoro już warsztat był rozgrzebany, zrobiłam też dla córki "dekupażowy" obrazek na blejtramie- może nieco infantylny, ale motyw ją zauroczył, mnie zresztą także. :)



No i już całkiem przy okazji, bo w pudle z akcesoriami znalazłam starą plastikową ramkę i pomyślało mi się, że dużo ładniej byłoby jej w bieli. Dość niedbale pomazałam ramkę umoczoną w farbie gąbeczką, a potem oprawiłam ubiegłoroczną pocztówkę z Sandomierza. 



Tyle na dziś. :)

 

sobota, 17 sierpnia 2013

No i wróciliśmy z naszej 600-kilometrowej wyprawy. Namiot okazał się zakupem trafionym w dziesiątkę, sprawdził się nawet w deszczową noc- jesteśmy z niego bardzo zadowoleni. Brakowało nam tylko gazowej kucheneczki, na której możnaby rano zagotować wodę na kawę, ale planujemy doposażenie. :)

Były góry, duuużo gór- ciężkie, długie podjazdy w morderczym upale (oj, dał się nam we znaki!), ale i wspaniałe, wielokilometrowe zjazdy ze świstem wiatru. Były zamki, ratusze, pałace- w ruinie, w trakcie odbudowy i te pięknie odremontowane. Przejechaliśmy sporą część szlaku królewny Marianny Orańskiej, dowiadując się wiele o tej intrygującej postaci.

Każdą noc spędzaliśmy w innej miejscowości, a zatem po kolei: Bolków, Kowalowa, Karłów, Duszniki-Zdrój, Wilkanów, Lądek-Zdrój, Otmuchów, Sulistrowice i dwie noce we Wrocławiu, bo tam zatrzymał nas na dłużej wspaniały ogród zoologiczny. :) Cztery razy przekraczaliśmy granicę- znosiło nas do Czech.

Za wszelką cenę staraliśmy się omijać drogi krajowe, ale czasem po prostu nie było takiej możliwości- jest to najgorszy koszmar rowerzysty. Dolny Śląsk jest przewspaniały, ale infrastruktura nie jest przyjazna rowerzystom- nawet przy nowo budowanych drogach brak choćby szerszego pobocza, o drogach dla rowerów nie wspominając. Szkoda, bo przecież taki region, z ogromnym potencjałem leżącym właśnie w turystyce, powinien kłaść nacisk zwłaszcza na dostępność dla turystów, a tych rowerowych jest coraz więcej przecież. Za to szlaki są bardzo dobrze oznakowane, zwłaszcza w okolicach Ząbkowic Śl.

Kolejny powrót na Dolny Śląsk jest przesądzony :), ale to dopiero w przyszłym roku. 

Postaram się wkrótce bardziej szczegółowo opisać nasze wycieczki i zamieścić zdjęcia, które właśnie są w trakcie obróbki- ale nie chcę zbyt wiele obiecywać.

 

czwartek, 25 lipca 2013

Mamy zamiar zostać turystami rowerowymi "całą gębą", a zatem... zakupiliśmy...



... i kilka innych niezbędnych utensyliów. :)

Za tydzień z okładem wyruszamy... na Dolny Śląsk, a jakże!

23:00, ivoncja
Link Komentarze (3) »
sobota, 13 lipca 2013

Czy spacer z psem nie powinien być przynajmniej RÓWNIEŻ dla psa? Robi mi się smutno, kiedy z okna mojego bloku widzę "właścicieli" ciągających na smyczach psiaki, które akurat pragną pohasać, obwąchać trawę czy pobawić się chwilę z ciągniętym w odwrotnym kierunku, też chętnym do zabawy psim kolegą. "No chodź tu!"- i szarpnięcie smyczą. Biały psiak długo jeszcze próbuje przystawać i ogląda się za czarnym koleżką, machając ogonem na wszystkie strony, ale młodzian ze smyczą ma władzę i wyznacza kierunek oraz tempo "spaceru"... Kurczę, gdybym miała psa, to chyba ja chodziłabym za nim, a nie on za mną.


14:40, ivoncja , inne
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 10 czerwca 2013

Zajrzyjcie koniecznie- impreza, jakiej jeszcze nie widziałam, a liczba jej uczestników z roku na rok się podwaja! W tym roku było nas CZTERY TYSIĄCE!

http://ivoncja.bikestats.pl/948691,MOC-byla-z-nami.html

Wzięłam też udział w konkursie, a co mi tam... :)



Co prawda koszulka organizatora nie pozwoliła mi się całkiem wystylizować na "retro rowerzystkę", ale starałam się, jak mogłam. Naszyjnik od Cyberjulki był ze mną. :)

Będę wdzięczna za "lajki" :)

Tu można "polubić" moje zdjęcie konkursowe i obejrzeć innych retro rowerzystów. :*

środa, 01 maja 2013

Dziś króciutko- kilkanaście km zaledwie, choć pogoda pozwalała na zdecydowanie więcej, ale po wczorajszej "ósemeczce" jakoś chciało się polajtować. Pomyślałam o posłuchaniu ptasich treli na Cmentarzu Centralnym, a po drodze wpadłam na pomysł, żeby przejechać się pod swoją podstawówką, ukończoną jakieś ćwierć wieku temu. O dziwo, tonący dziś w zieleni budynek był otwarty. Jeszcze bardziej dziwi, że szkoła oparła się trendom usuwania wszystkiego, co "niesłuszne" i nadal nosi imię porucznika Milicji Obywatelskiej. A najdziwniejsze ze wszystkiego jest to, że od dnia ukończenia podstawówki chyba nie byłam w tym budynku... 

Dzięki miłej pani woźnej odbyłam wręcz podróż w czasie, zajrzałam do "dziewiątki"- mojej najpierwszej w życiu klasy... Pod tymi drzwiami przy ścianie kładło się niebiesko-czerwony tornister...



Zajrzałam też do szatni, do sali gimnastycznej, do świetlicy... i czułam dosłownie, jak mi się zakurzone zapadki w pamięci otwierają: o,a tam się schodziło do stołówki... o, nadal jest w ścianie okienko dawnego sklepiku obsługiwanego przez dyżurnych... a w końcu korytarza wciąż jest gabinet stomatologiczny!... na wieży była klasa od rosyjskiego, a na samej górze harcówka i pierwsza przygoda z ZHP...

Przypominały się numery klas skojarzone z przedmiotami- 24 to geografia (i pani K. znana z powiedzonka:"no, las rąk widzę!":)), 17-fizyka, 22- muzyka...

Pamiętam doskonale, jak w początkach podstawówki, stojąc w tym samym miejscu cieszyłam się z wiadomości, że przestał obowiązywać sześciodniowy tydzień nauki i od teraz już nie będzie lekcji w soboty!!



Ze szkoły na cmentarz jest bliziutko i popatrzyłam sobie nieco na ptaszydełka różne- strzyżyki, kosy, kowaliki, drozdy... Zdjęć wiele nie zrobiłam, bo to szybkie stworzenia :), ale rudej pannie nigdzie się nie spieszyło, była tak zajęta łupem, że nie widziała nic dookoła. :)









Umówiliśmy się na wspólną wycieczkę z Iwonką- początkowy plan miał nazwę "dokąd nas koła poniosą".

Przed startem udało mi się jeszcze tuż pod blokiem sfocić pięknie śpiewającego, nieznanego ptaszka, który okazał się być makolągwą.





Było chłodniej niż mogło się wydawać po spojrzeniu przez okno, toteż wyruszyliśmy po kilkukrotnych przebierankach. Pojechaliśmy (rzecz jasna- pod wiatr) na niemieckie ścieżki...



...przy których można zobaczyć takie ciekawostki, jak szympans (goryl?) na drzewie. :)



Częściowo powtórzyliśmy trasę naszej zeszłorocznej wycieczki po nasypie dawnej kolejki wąskotorowej...



napotykając po drodze i takie słodziaki:





Na wieży w Riether Stiege wiatr aż gwizdał w uszach, ale widok był piękny.





Pamiątkowa fotografia grupowa na granicznym mostku.



Tym razem jednak postanowiliśmy dojechać do Nowego Warpna.



Od naszych ostatnich odwiedzin (wycieczka samochodowa w 2010r., wówczas jeszcze jednodniowa jazda rowerem do N.W. i z powrotem wydawała nam się kosmosem!) miasteczko bardzo się zmieniło na korzyść.



Nad brzegiem Zalewu powstała piękna promenada, wieża widokowa, z której można dojrzeć Świnoujście...



...oraz mały deptak...



...z pomnikiem Rybaka o aparycji (o ile pomnik może mieć aparycję:)) Seana Connery, którego nieco przytłoczyłyśmy chyba.:))





Zdążyliśmy nieco zgłodnieć, przypomniałam sobie, że w Nowym Warpnie jest gdzieś knajpka opisana przez Monike Szwaję w "Klubie Mało Używanych Dziewic"- bar "Argus".



Trafiliśmy tam i skosztowaliśmy również opisanej w książce "specjalności zakładu"- rosołu z leszcza z rybnymi pierożkami- cymes!  



Przyznać muszę, że na swoich kołach 26'' czułam się trochę jak na dziecięcym rowerku i chwilami musiałam ostro kręcić, żeby nadążyć za Iwonką, znaną z szybkości oraz własnym mężem, który dzielnie bronił honoru naszej rodziny i dotrzymywał Iwonce obrotów... ;))



"Nielegalne" przekraczanie granicy przez dziurę w płocie- skrót między Bukiem a Linken:



Nie ma to jak fajna, długa wycieczka w miłym towarzystwie i przy niezłej pogodzie, i tak stuknęło nam 120 km!




Plan na sobotę był taki, żeby objechać masyw Ślęży i wdrapać się na jej szczyt choćby na czworaka.

Na tle Sobótki zapragnęła być sfotografowana także Nuna, koleżanka Hektora.



Po drodze zaliczyliśmy Będkowice i skansen- rekonstrukcję średniowiecznego grodu...







Sulistrowiczki- drzwi do lasu:



W Sulistrowiczkach trzeba koniecznie wejść do sanktuarium o nietypowej, siedmiobocznej konstrukcji.





Wewnątrz w zachwyt wprawiają przepiękne witraże przedstawiające górską roślinność i wspaniałe drewniane płaskorzeźby.





Zadziwia też obecność kopii kultowych celtyckich rzeźb- Mnicha i dwóch Niedźwiedzic, bądź co bądź symboli pogańskich.



Na przełęczy Tąpadła w sympatycznym barze...



...zjedliśmy przepyszne domowe ciasto...



...i tak posileni ruszyliśmy pod górę.

 

Po drodze na skałkach pięknie pozowała mi do zdjęć zięba.





W pewnym momencie wśród drzew rozpostarła się mgła jak mleko i zrobiło się niemal mistycznie.



Weszliśmy w tę mgłę, która z każdym krokiem coraz bardziej gęstniała...



...a gdy doczłapaliśmy się na szczyt, nie było widać już KOMPLETNIE NIC dookoła, a w dodatku zaczął lać deszcz.



O oglądaniu wspaniałych krajobrazów ze szczytu mogliśmy pomarzyć- staliśmy pod samiuśką stacją przekaźnikową, a nie widzieliśmy jej masztu.

Widok spod schroniska na kościół:)







Zrobiło się zimno i niezbyt przyjemnie. Zjechaliśmy w dół i w strugach deszczu wróciliśmy pod Wieżycę zmoknięci jak kury. Jak jeszcze wczoraj w upalnym Wrocławiu żałowałam, że nie wzięłam sandałów, tak dziś marzyłam o kaloszach. :)



Gospodarze schroniska użyczyli nam farelki, żebyśmy mogli wysuszyć choć buty, bo inteligentnie nie wzięliśmy obuwia na wypadek przemoczenia... Gorący prysznic, gorący obiad, chwila odpoczynku- w międzyczasie przestało padać.

"Chyba nie będziemy do wieczora siedzieć w pokoju? Dawaj, jedziemy!"



Buty przeschły na tyle, że mogliśmy zrobić jeszcze krótki wypadzik.

...do zamku w pobliskiej Górce.







Choć na ogrodzeniu wisiały piktogramy informujące o hotelu, restauracji, parkingu etc., to na furtce wisiał łańcuch zwieńczony kłódką, a obok tablica informacyjna, która nie informowała o niczym.



Z zamku wyłoniła się pani w fartuchu i kożuchu i na nasze grzeczne pytanie, czy można wejść i obejrzeć zamek, odpowiedziała "NIE!" (tu serdeczne pozdrowienia dla Pana Gienka z Bożkowa!:)), więc nie było o czym dyskutować. Zawinęliśmy się z powrotem na doskonale oznakowany leśny szlak...



 

...i do schroniska na grzane wino.





 

Wieczór spędziliśmy na umiejętnym przewieszaniu ubrań, żeby zdążyły wyschnąć do rana, bo prognozy na niedzielę nie powalały.





 

Z czwartku na piątek mało co spałam- budził mnie szum ulewy i zastanawiałam się, co zrobimy, jeśli będzie trzeba jechać na dworzec w deszczu. Na szczęście udało nam się nie zmoknąć. Na peronie spotkaliśmy dwie rowerzystki- Anię i Marzenkę, w których miłym towarzystwie upłynęła nam cała podróż do Wrocławia. Okazało się, że mamy wspólnych znajomych "w nierealu", a nasze rowery też się znają- z parkingu pod Decathlonem. :) Dziewczyny, czekamy na Was- przy okazji następnych zakupów wpadnijcie do nas na kawę!

 

Wrocław przywitał nas piękną, wręcz letnią pogodą. 



Pojeździliśmy trochę po mieście wśród setek innych rowerzystów i prześladujących nas Krasnoludów...




Zjedliśmy smaczny turecki obiad...


Wręcz zakochałam się w bajkowej fontannie z krasnalami przed Teatrem Lalek.




Minęliśmy schodzących do Podziemia...


...i ruszyliśmy w stronę Góry.


Nie muszę chyba nadmieniać, że kierunek wiatru był wprost przeciwny do kierunku naszej jazdy? ;) 

Wybraliśmy sobie nieco okrężną drogę do Sobótki, bo czasu mieliśmy sporo, więc Ślęża- cel naszego wypadu- chwilami oddalała się, zamiast przybliżać. 



Biskupice Podgórne- popegeerowska wieś z pałacem, czterogwiazdkowym hotelem, spa i restauracją, które to przybytki pasują do najbliższeo otoczenia jak wół do karety, a raczej na odwrót. :) I jedyna chyba we wsi nazwana ulica- ulica LG... na cześć największego jak sądzę pracodawcy w okolicy.


Kolejny pałac- Krobielowice:



Zahaczyliśmy o Mietków, żeby wspiąć się na koronę sztucznego jeziora. 



 




Co prawda Mietków mieliśmy w planach na sobotę, ale jak się później okazało, gdybyśmy trzymali się planu, to ten punkt programu nie zostałby w ogóle zrealizowany...



Dotarliśmy w końcu do Domu Turysty "Pod Wieżycą", gdzie mieliśmy zarezerwowane noclegi i uwierzcie, chyba nigdy zimne piwo nie smakowało mi tak, jak tam, po męczącym podjeździe w upale. No, może tylko na praskim campingu Drusus... :) 


Hektor- siedemdziesięciokilowa maskotka schroniska.



Podsumowanie dnia:)



poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Tak spędziłam wczorajszy dzień:

http://ivoncja.bikestats.pl/902639,Po-wyspie.html

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
O autorze